W grupie

Więcej
5 lata 9 miesiąc temu - 5 lata 9 miesiąc temu #2910 przez SŁAWEK
Replied by SŁAWEK on topic W grupie
W swoim środowisku mam opinię nieszkodliwego wariata, z wielu powodów.
Tworzenie grupy to doskonały pomysł, tylko że my wszyscy już jesteśmy w grupie, każdy z nas w swojej. Żyjemy wśród rodziny, sąsiadów, znajomych. Wiemy na kogo można liczyć w ekstremalnych sytuacjach, z kim już takie przerabialiśmy, z kim nie ma o czym gadać, a kogo nie warto w d..ę kopnąć. Rozeznanie mamy. Do stworzenia grupy zdolnej przetrwać, potrzebny jest impuls. Jakieś konkretne zagrożenie tu i teraz. Może to być awaria lokalnego wodociągu, zwarcie w stacji transformatorów, itp. Nie gadki o czekających nas kataklizmach jakichś tam, gdzieś tam, kiedyś tam - nawet przekonujące i prawdopodobne.
Lubię z ludźmi rozmawiać. Sztuka przetrwania to obcy im temat. Każdy ma na głowie obowiązki typu :zapewnienie bytu rodzinie, wychowanie dzieci, praca, zdrowie, itp. Przetrwanie w godzinie W - coś się wymyśli, jakoś to będzie.
Osobiście znałem jednego preppersa w mojej okolicy. Nie żyje od kilku lat, został zamordowany.
Dożył wieku osiemdziesięciu kilku lat. Niemiec z dziada pradaiada. W 1939 roku mieszkał z rodzicami w wiosce niemieckiej piętnaście kilometrów ode mnie. Dostał powołanie do niemieckiej armii i się nie stawił, uciekł do lasu. Najbliższy las od jego wioski znajdował się obok mojej obecnej. Rok żył w lesie. Przy tym lesie w glinianej chatce krytej strzechą, mieszkała wdowa staruszka, chodziła przy dwóch kijach. Do niej zachodził po mleko. Przygarnęła go. Przed Niemcami ukrywał się w stodole, w zbożu na polu, gdzie się dało. A Niemcy przez cały czas okupacji go szukali. Pożyteczny człowiek był, w czym mógł Polakom pomagał. Tłumaczenie dokumentów, przeprowadzanie uciekinierów przez las, drobne naprawy maszyn - taka złota rączka. Wszyscy tubylcy wiedzieli kto on jest, skąd on jest, i o dziwo żaden go nie wydał mimo ustanowionej nagrody za jego głowę. Niemcy w 1944 uciekli, weszli Rosjanie. Dla każdego Niemca mieli jedną receptę - ołów. Tubylcy go przed niechybną śmiercią obronili. Babcia zmarła, zamieszkał w jej chatce. Miał rodzeństwo w RFNie. Przyjeżdżały do niego siostry, przyjeżdżał brat. Chcieli koniecznie go zabrać do Niemiec, a on nie chciał. Obrabiał cztery morgi piachu takiego, że do betoniarki można sypać od razu. Trzymał starą krowę jałową od wielu lat i kilka owiec. Krowa dawała litr mleka dziennie, za to przez okrągły rok i to mu pasowało. Wystarczyło dla niego i dwóch kotów.
Ja go osobiście poznałem w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy dostałem od dziadków w spadku kilka ha lasu. Nikt nie wiedział gdzie biegnie granica między sąsiednimi działkami. On wiedział, mieszkał sto metrów od tego lasu. Pamiętam, podwiozłem go samochodem, wyszedł popatrzył i mówi tu !. Powiedział, że przejdzie z jednego krańca na drugi, a ja mam iść za nim i znaczyć na drzewach. Wtedy miał z osiemdziesiąt lat, maliny, jeżyny po pas. Idzie pierwszy i co kilka kroków lu - leży. Myślę sobie, trafi głową w karpę i się zabije ! Doszedł do końca, zadowolony że mógł pomóc, i takiego go uśmiechniętego zapamiętałem. Co niedziela rano, po rosie słychać trąbkę, gra kościelne pieśni. To on, i tak przez całe lata. Jeździł na zakupy rowerem Ukraina. Kogo spotkał przy drodze, zatrzymywał się i gadał. Jego tematem przewodnim było to, że Niemcy wrócą po swoje. Ino patrzeć jak będzie wojna. Gospodarstwo jego rodziców i jego, przeszło w Polskie ręce. Nie mógł się pogodzić z tym faktem do końca swoich smutnych dni. Będzie wojna, tak nie może być, on zostanie i poczeka, wróci na swoje. Miał dwie profesje, z których jedna go zabiła. Naprawiał maszyny do szycia i był lichwiarzem. W głębokim PRLu każda szanująca się gospodyni miała maszynę do szycia (przeważnie marki Singer). Każdy GS miał sklep z materiałami do szycia. Roboty mu nie brakowało, pieniędzy też. Z moim dziadkiem Franciszkiem byli sąsiadami, co prawda o dwa kilometry, ale kto by w lesie odległość liczył ? Zawsze się śmiał, że te kobity same mu pieniądze do rąk kładą. Te maszyny wcale się nie psuję, wystarczy je przesmarować. Więc mojej babci i mamie maszyny do szycia naprawiał gratisowo, no może za ten olej do smarowania, reszta buliła kasę. Żył samotnie, na koncie słabo przyrastało, pożyczał pieniądze na procent. Podobno do niego ustawiały się kolejki. To na budowę, na zakup ziemi, maszyn, spłaty i inne. Obracał dużymi pieniędzmi. Sam je przywoził i po raty sam przyjeżdżał. Ot taki wczesny Provident.
Zapasy na czas wojny robił chyba od zawsze. Żył w lesie rok, wiedział co znaczy mieć a nie mieć. Cukier, sól, smalec, materiały do szycia w belach, igły, nici, nafta, żelazo, węgiel, broń, złoto, itp. Stać go było.
Pewnego razu słyszę, że G....ch nie żyje. Spalił się. Na motor i jadę. Zgliszcza, trąbka na środku podwórka zdeptana, materiały w belach z szopki wyrzucone przez strażaków jeszcze się tlą. Ruiny, zgliszcza, niedola. Za dużo komuś pożyczył. Zwłoki były całkowicie spalone, nie nadawały się do sekcji, za to łóżko obok którego spłonął było tylko nadpalone. Zaginął też zeszyt do którego zapisywał co komu pożyczył, kiedy i na jakich warunkach. Nikt z dłużników nie wiedział, że jest w dobrej komitywie se swoją najbliższą sąsiadką i duplikat cennego zeszytu jest u niej. Za jakiś czas, ni z gruchy, ni z pietruchy u sąsiadki nowa elewacja na dobudowanej chałupie, wypasione ogrodzenie, samochody. Uroki prowincji gdzie każdy każdego zna w promieniu pięciu kilometrów. Drugi raz po jego śmierci byłem w ubiegłym roku jesienią. Na opuszczonych siedliskach lubią rosnąć czubajki kanie. Czubajki były, a wokół nich dołek przy dołku, świeże ! Tyle lat minęło ! Tubylcy (bo ciężko to nazwać ludźmi) skarbów nadal szukają.
Czy mnie marzy się taki los, kiedy wszem i wobec ogłoszę, że jestem preppersem ? Kopidoły nie kopią z głodu, z konieczności, nie było godziny W.
Gdybym w tym miał jakiś udział, to bym o tym nie pisał. Z dużą dozą prawdopodobieństwa wiadomo kto za tym stoi. Szanowana rodzina, co niedziela w kościółku. Między innymi o takich mówię, że w d..ę nie warto kopnąć.
Niech ten tekst będzie moim epitafium dla prawdziwego preppersa, którego miałem zaszczyt znać. Sprawcy (sprawców) do dziś nie wykryto, a mi za mało mi zostało żeby się bać. Ten człowiek nazywał się Gerbach, Gerbah, fonetycznie Kierbach.
Ostatnia5 lata 9 miesiąc temu edycja: SŁAWEK od.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • kraver
  • Autor
  • Gość
  • Gość
5 lata 9 miesiąc temu #2912 przez kraver
Replied by kraver on topic W grupie
Sławek, mocną rzecz opisałeś.I jak zwykle zajebiście. Niestety, w naszym kraju tak jest, że każdy samotny człowiek jest narażony na ogólnie pojęte zło. Jeśli do tego jest uznany za dziwaka - to lepiej spać z siekierą pod łóżkiem. Sam przemieszkałem większość życia na wsi i znam to z autopsji. Sąsiadom wszystko się nie podobało. Włosy, ubrania, muzyka, pochodzenie, wykształcenie, psy - wszystko.
Różnica polega na tym, że pojedynczej osoby się nienawidzi a grupy osób się boi. Jednego z moich kumpli prześladowała ekipa osiedlowa.Chłopak jest jaki jest, wyróżnia się strojem, nie ma dziewczyny/żony - nie moja sprawa, ja mu do łóżka nie zaglądam. Przyjaźnimy się, można na nim polegać a reszta mi wisi. Jak zaczęli go za mocno naciskać, pojechaliśmy w pięciu. Zero przepychanek, wystarczyło, że przekonali się, że nie jest sam - ma spokój. Wiedzą, że w razie czego ktoś się o niego zatroszczy.
Grupy tak jak pisze Sławek nie można oprzeć na czczych gadkach o zagładzie - musi być albo impuls albo pielęgnowane więzi. Ważne jednak żeby je tworzyć - samotnie nikt nie wytrwa, nie da się, to nie film.

Jak już tu dyskutujemy to poruszyłbym jeszcze jedną sprawę. Dbanie o "niechętnych". Każdy z nas ma kogoś po kogo musi wrócić gdyby świat się popieprzył. Matkę, ojca, babcię, ukochaną, żonę, dzieci mieszkające z pierwszą żoną itd. Szkopuł w tym, że będą to osoby nieprzygotowane, nie wyszkolone, mające fatalne podejście ("jakoś to będzie"). Rozważaliście temat co wtedy ? Są też osoby, których nie tolerujemy, czasem wręcz nienawidzimy a których towarzystwem się obarczymy ratując swoich bliskich. Ja mam rodziców, starszych ludzi, którzy stosują "tumiwisizm" a ich stan fizyczny kwalifikuje się do wczesnego inwalidztwa z lenistwa. Mam też żonę szwagra, z którą nie mogę przebywać w jednym pomieszczeniu (nie tylko ja zresztą - ma tak większość rodziny żony,kobieta wyzwala we wszystkich chęć mordu), którą też trzeba się by zaopiekować, bo szwagier nie porzuci matki swojego dziecka. Ma ktoś pomysł na rozwiązanie takiego szkopułu ? Ratowanie nieprzygotowanych to wyrok dla reszty, porzucenie ich to wyrok dla sumienia i człowieczeństwa. Ratowanie nie lubianych i znienawidzonych to wyzwanie - jedna menda rozłoży całą ekipę na kawałki ale odmawiając jej pomocy spowodujemy rozłam (na ogół ci wartościowi pójdą za tymi niepotrzebnymi - prawo Murphy'ego chyba jakieś).

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.